środa, 15 maja 2013

Tayrona

Spotkanie było ustalone na godzinę 7.30 na stacji autobusowej Joe Arroyo. Adam przybył pierwszy. Zazwyczaj nie jest pierwszy na umówionych spotkaniach, jednakże mieszka najdalej i musiał mieć trochę zapasu w razie niespodziewanych wydarzeń, jak np. zbyt pełnego autobusu żeby wsiąśc, choć trzeba przyznać, że o tej godzinie raczej takie sytuacje się nie zdarzają. No dobrze, był pierwszy, z zapasem pół godziny, więc wybrał się do sklepu po wodę. Drugą osobą w umówionym miejscu rozpoczęcia wycieczki był Hanes. Dwudziestosześcioletni Niemiec, z dość mocno widocznym postępującym ubytkiem włosów na głowie, co sprawia, że wygląda na więcej lat. Przyodział jednak sympatyczny kapelusik wikliniany, który ukrywał jego ubytek. Dobry chłopak, raczej bez innych odznaczających go elemetów. Spokojny, inteligentny, wyważony. Zasłużył sobie parokrotnym pomysłowym radzeniem sobie z drobnymi problemami echnicznymi na ksywkę McHanes oraz Hanes Bond:) Kolejną osobą gotową na podróż była Joana. Joana jest z Portugalii, miła dziewczyna, wyluzowana, nie jest ani zbyt atrakcyjna, ani zbyt brzydka. Filigramowych rozmiarów. Nie stanowi dla niej problemu, że chłopacy czasem sobie żartują zwracając się do siebie "nigga" albo "bitch" Widocznie spodobało jej się tego typu przekomarzanie i sama włączyła się do zabawy.Jako czwarty przybył Aymen. Trochę późno, co dziwne bo mieszka najbliżej miejsca spotkania, ale usprawiedliwił się potrzebą pódejścia do bankomatu aby wypłacić pieniądze. W tym momencie Adam przypomniał sobie, że przybył wcześniej aby podejść pod mieszkanie Aymena i razem z nim pójść po pieniądze, trudno jest bez gotówki i niestety karta kredytowa niezbyt często jest pomocna, jedynie w lepszych restauracjach i supermarketach, w reszcie miejsc, nie. No to ruszają. Podjechali autobusem na bulwar Simona Bolivara, z którego wsiedli do autobusu wiozącego ich do Santa Marty. Miejsca służącego jako łącznik w podróży do innych miejsc.Po godzinie jazdy dotarli do Santa Marty, a po wyjściu z autobusu jak można było przypuszczać, ujrzeli czekających kierowców autobusów jadących do różnych miejsc. Dogadali się z jedym z nich, oczywiście ciutkę utargowali, więc cena jest ok., jadą dalej. O dziwo ta podróż była dla nich nieco bardziej szczęśliwa niż, poprzednia wycieczka do Palomino. Tym razem trafili na lepsze autobusy, które nie zatrzymywały się co pół godziny na pół godziny, więc cala droga została pokonana sprawniej. Po godzinie z Santa Marty mogli wysiąść w Tayronie. Bardzo starym parku krajobrazowym, z licznymi pięknymi plażami, campingami, gigantycznymi głazami oraz pięknym dzikim lasem, z równie pięknymi i bardzo ciężkimi do pokonania ścieżkami. Po wyjściu usiedli w przydrożnej restauracyjce, zjedli obiad, taki jak prawie wszędzie podają, ryż, patacones(czyli smażony w plastrach banan, smażony kurczak, lub inne mięso, oraz trochę sałatki. Po piosleniu się ruszyli do wejścia do Parku Tayrona. Ten park jest bardzo skrupulatnie strzeżony. Na wejściu najpierw trzeba odpowiedzieć na pare typowych pytań jednego typka z ochrony, który w tym czasie sprawdza twój cały bagaż. Szuka niebezpiecznych przedmiotów, narkotyków, oraz alkoholu, bo co warte podkreślenia, nie wolno wnosić alkoholu na teren parku! Trochę to dziwne i przesadzone ale cóż. Następnie kolejna budka w której trzeba podać do skopiowania swoje dokumenty i podpisać jakiś papierek. Oczzywiście jak na wszystko w Kolumbii trzeba swoje odczekać, gdyż nie spotkałem osoby, która w swojej pracy nie ruszała się jak mucha w smole, w sumie podobnie jest jeśli chodzi o chód po ulicach. W europejskich miastach mówi się, że turystów można łatwo zauważyć bo chodzą powoli i oglądają miasto, a tutaj chodzi każdy w tempie turysty, nigdy się nie śpieszy, jedynie na drodze w samochodzie. Ok wróćmy do naszych podróżników. Po przejściu przez niezbędne formalności aby móc łaskawie wejść do parku wsiedli do małego busiku, który miał ich podwieźć do miejsca od którego będą musieli iść sami.Wysiedli, otrzymali niezbędne rady którędy iść, aby dojść do konkretnego miejsca. Dzień wcześniej na imprezie urodzinowej Hanesa dostali od Guillerma dokładny opis jak wydostać się najprościej z Barranquilli do Santa Marty itd. oraz która plaża w Tayronie jest najbardziej godna odwiedzenia. Wskazał Cabo, plaża będąca najdalej od wysadzenia nas przez kierowce autobusu ale podobno warto. Ruszyliśmy ścieżką leśną, z poćzątku nie było tak źle, jednak jak to bywa im dalej w las.... ścieżka robiiła się bardziej wymagająca. Czasami polegała na chodzeniu po wielkich głazach pod górkę albo w dół, czasami na przejściu przez strumyczek, a kiedy indziej na spacerze po plaży Zdarzają się również końskie odchody, bo koń jest przez niektórych używany do poruszania się po owych ścieżkach.. Nie było lekko, tymbardziej przy ponad 30 stopniach i rażącym słońcu. Koszulka Adama była całkiem mokra, łyśinka Hanesa po zdjęciu kapelusza odbijałą światło, a Aymen najbardziej zdeterminowany nadawał całkiem szybkie tempo. Po mozolnej trzy godzinnej przeprawie, przeplatanej jednak pięknymi widokami dotarli do Campingu przed plażą do której ostatecznie smierzali czyli Cabo. Stwierdzili, że dalej nie ma sensu się męczyć, zawsze mogą następnego dnia z rana przejść się do Cabo. Zatrzymali się w Kampingu nad plażą Piscina(czyli basen) Zaoferowano im spanie na hamakach, nikt nie miał przeciwskazań, wszyscy byli raczej bardzo chętni aby spróbować. Spanie na hamakach jest raczej tanie jednak restauracja na tym kampingu była dosyć droga. Wieczór uprzyjemnili sobie kolacją i grą w karty, dla niektórych były to nowopoznane gry "uno" oraz Idiot (jak Idiota Fiodora Dostojewskiego, polecam, Dostojewski zawsze spoko) Na koniec wieczoru poszli na plażę, gdzie trwały różnorakie konwersacje z rozsianymi bogato gwiazdami na niebie w tle. Zaśnięcie w hamaku po tak wycieńczającej przeprawie przez las nie było dla żadnego z nich problemem. Obudzili się bardzo wcześnie bo już po 7, widocznie chamaki do długiego spania jednak nie są najlepsze. Po śniadaniu(oczywiście jajeczniczka) Wyruszyli w stronę Cabo. Ponownie musieli wrócić na niezbyt relaksacyjną drogę ale mieli w myśli to, że przecież to nic w porównaniu co przeszli dzień wcześniej. Minęli jedną inną plażę z campingiem, i dotarli do upragnionego miejsca, Droga zajęła około godzinę To co ujrzeli w zupełności spełniło ich oczekiwania. Piękne, czyste, plaże. Naokoło zalesione góry, a przy plaży góra z kamieni a na szczycie jakaś chatka. Do tego pogoda dodawała barw oraz uczucia radości i raju. Po wybawieniu się w odświeżającej wodzie położyli się na plaży i mogliby tak już zostać. Co do słońca trzeba przyznać, że za długo wyleżeć się nie dało i co jakiś czas trzeba było wskoczyć do wody aby uniknąć usmażenia. Wypoczywali tak do 14 i stwierdzili, że trzeba wyruszyć w drogę powrotną biorąc pod uwage, że droga na przystanek autobusowy zajmie im ok 4 godziny, a autobusem do Barranquilli około 3 godziny. Utworzyli plan, wedle którego aby się nie zmęczyć mieli zatrzymywać się na plażach po drodzę na odpoczynek i zebranie energii, a następnie kontynuować wycięczającą trasę. Było jeszcze ciężej niż dnia poprzedniego. Słońce grzało mocniej i mieli trochę więcej drogi jak na jeden raz. Po drodzę dwukrotnie skorzystali z kręcących się po ścieżkach sprzedawców lodów, oraz zrobili pare przystanków. Ostatecznie dotarli, głodni, spoceni i wymęczeni do miejsca z którego miał ich zabrać autobus. Spróbowali jedzenia w innej restauracji. O dziwo ta restauracja miała rybę, co skutkowało tym, że każdy z nich skusił się na rybę. Niestety spotkała ich nie miła sytuacja. Mianowicie, jak to z tym czekaniem bywa musieli trochę poczekać na autobus. Autobusy przejeżdżały dosyć często, niemniej, wszystie były pełne a autobus nawet się nie zatrzymywał!Ta sytuacja brała się z faktu że był to dzień świąteczny w Kolumbii i z pewnością wiecej ludzi wybrało się na małe wycieczki. Po prawie dwóch godzinach oczekiwania, wspólnie z kilkoma innymi międzynarodowymi turystami czekającymi na autobus porozmawiali z miejscowym kierowcą tych miejszych podwożących autobusów, i po ustaleniu ceny zawiózł ich do Santa Marty. Kiedy weszli do swoich domach ulżyło im, czuli się zmęczeni, spaleni słońcem, odwodnieni. Ale nie czuli się źle, było to uczucie satysfakcji, trochę jak po skończeniu dobrego, mocnego treningu, tyle, że z pięknymi widokami:), Trochę jak poczucie zadowolenia, radości, nie wiem, chyba tak?


















good?GOOOD!




 Internacjonalna ekipka.




Tutaj pare zdjęć z innej wycieczki, która odbyła się jakiś czas temu. Pojechaliśmy zobaczyć miejsce w Barranquilli w którym rzeka płynie obok morza. Wrażenie trochę jak na Helu. Dotarcie tam było nieco zabawne bo trzeba podjechać czymś na kształt pociągu, choć bardziej to wygląda jak wózek napędzany silnikiem do kosiarki. Jest bardzo powolny, ale wiezie. Następnie trzeba przejść ścieżką bardzo kamienistą i wyboistą. Niestety trochę nad tym ubolewam, bo władze miasta mogły by z tego zrobić atrakcję turystyczną. Wybudować pewnego rodzaju chodnik, promenadę w tym miejscu. Mają w tej okolicy świeże ryby zarówno z rzeki i morza więc tylko to wykorzystać otwierając restauracje i tworząc miejsce turystyczne. Nic w tym kierunku jednak nie robią, a ja głupi nie miałem pojęcia, zę czeka nas taka ciężka przeprawa założyłem japonki, co skutkowało lekkim zadrapaniem i zamęczeniem moich stóp. Mam nauczkę, teraz już wiem, że dokądkolwiek będę wyruszał na wycieczkę, zawsze założę buty.



Oczywiście proszę bardzo, element zwierzęcy, chyba najładniejszy dotychczas?







Silnik i kierowca, MOC!



poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Jesteś drugi.

Budzę się, jest około 10, na szczęście nie siedzieliśmy zeszłej nocy zbyt długo na miejscowej dyskotece. Wychodzę z namiotu. Nie muszę się przebierać, mam na sobie tylko uniwersalne plażowe spodenki i to wystarczy. Buty też są zbędne. Przechodzę po trawie jakieś 30 metrów jestem w restauracji. Przygotowują w niej świeże ryby od pobliskich rybaków. Jest tu kilka osób siedzących na plastikowych krzesełkach przy drewnianych stolikach. W ich rozmowach słychać języki różnych krajów. Wychodzę na plaże, pogoda sprzyja, z pewnością surferzy są zadowoleni i zaraz zaczną gonić fale. Widzę palmy, kilka ławek i stolików, oraz hamak wiszący na dwóch palmach, w tle tylko morze i fale. Gdy spoglądam w lewo mam imponujący widok na górę, tropikalnie zalesioną. Z pewnością dla wielu jest to wyobrażenie raju. Wyruszam na przebieżkę. Bięgnę 15 minut do miejsca w którym rzeka płynąca z góry wpływa do morza. Wracam, a dla odświeżenia się wskakuję do morza by się trochę popluskać i obmyć z potu. Po wyjściu z wody czas najwyższy na śniadanie. Zamawiam tosty z serem i szynką, oraz rzecz jasna kawę. Po posiłku papieros. Razem z kolegami planujemy co dziś robić. Właściciel tego miejsca zaproponował nam spływ po rzece z góry, czemu nie? Odbierają nas moto-taxi-driverzy. Siedzę za kierowcą, który wiezie mnie po wyboistych ścieżkach usianych w kamienie do miejsca w którym odbierzemy nasz transport, czyli napompowane koła. Jedziemy na motorach do miejsca w którym musimy już iść sami. Droga górska jest wymagająca, a japonki to nie są dobre buty na taką wyprawę. Po 45 minutowej wspinaczce trzymając nasze koła dochodzimy do miejsca gdzie zaczniemy nasz spływ. Jest pięknie, a nasz przewodnik informuje nasz, że można pić wodę z tego górskiego strumyka przemieniającego się w rzekę. Robimy to.  Teraz płyniemy, przewodnik z przodu aby pokazywać nam najspokojniejszą drogę, żeby nikt nie wpadł w chaszcze. Płyniemy, nurt nie jest rwący, jest to raczej relaksacyjna wycieczka po rzece. Można leżeć na kole i podziwiać otaczającą nas przyrodę, prawdziwą tropikalną dżungle:) Po drodze mijamy kilkakrotnie lokalnych indian. Jest cicho i spokojnie, jedynie odgłosy zwierząt są słyszalne. Po około dwóch godzinach dopływamy do miejsca w którym rzeka wpływa do morza. Było warto. Palomino. Byłem tu drugim Polakiem;)









A to prawie wszyscy kompani, od lewej Hanes, Ayman, Axel. Z Aymanem najlepiej się dogaduję. Jest z Francji ale jego rodzice są Tunezyjczykami. Będziemy razem pracować.




Nie mogło zabraknąć akcentu zwierzęcego:) Świnka w przydrożnej kałuży.



Dopowiadając, Palomino jak wyczytałem w internecie to jedno z niewielu miejsc jeszcze nie skażonych zbytnio turystami. Dzięki czemu przypomina bardziej bezludną wyspę. Jest oddalone od Barranquilli o jakies 3,5 godziny jazdy autobusem. Niestety nasza podróż do Palomino trwała dłużej, bo autobus zatrzymywał się co pół godziny i stał tak przez pół godziny. Chyba chodziło głównie o to, że kierowca chciał zapełnić autobus, który przed naszym wejściem do niego miał mieć klimatyzację, która jednak nie była zbytnio w formie. Na tych przystankach wsiadali również liczni sprzedawcy z różnymi wiktualiami, empanady, czipsy, napoje i inne.



piątek, 26 kwietnia 2013

To jak tutaj jest?

 Hola! Na początek kawałek do którego zainspirował mnie Jacek (wzorowy obieżyświat:) czyli "Go with a flow" bo w sumie nie ma innego wyjścia jak już się tutaj jest, trzeba iść z prądem. Nie żebym pisał to z negatywnym oddźwiękiem, Tak jak nie lubię iść z ogólnym prądem ludzi, wole bunt, tak tutaj chodzi o trochę inne znaczenie i tutaj chcę iść z prądem:)



Już parę dni tutaj jestem, trochę zdążyłem zaobserwować, trochę wywnioskować i trochę się nauczyć, bo jest czego. Na początek ludzie. Ludzie funkcjonują tu trochę inaczej. Wiadomo, jako Costenos, czyli wybrzeżowcy mają opinie "manana" Manana w najczystszej postaci, a nawet mogę powiedzieć, że to manana pomnożona przez dziesięć. Mają nawet trochę inne określenie na te zachowania, potocznie stosowane "flochos" znaczy to tyle co leniwi, powolni, wyluzowani. Mimo, że jestem tutaj krótko, można tego doświadczyć na każym kroku. Jednego dnia czekając na autobus, wsiadłem dopiero do trzeciego, który nadjechał, bo wszystkie poprzednie były wypełnione i nie było miejsca by się wcisnąć, mimo, że ludzie wciskają się tu naprawdę na siłe i starają się wykorzystać nawet minimalną ilość miejsca do maksimum, Co do komunikacji miejskiej są tu dwa rodzaje autobusów. Jedne pod szyldem "Trans metro" są na przyzwoitym poziomie, przyjeżdzają na czas, a stacje i cała organizacja jest dobrze zorganizowana. Jednakże również często bywa, że za dużo ludzi chce wejść i drzwi się nie domykają. Drugi rodzaj autobusów to takie mniej oficjalne, mniejsze, nie tak dobrze zorganizowane, ale szybsze, a zamiast klimatyzacji mamy otwarte okna pozwalające na wiaterek podczas jazdy, a lokalna muzyka leci z głośników dosyć głośno i może uprzyjemniać jazde, chociaż kierowca sprawia, że ludzie w busie wpadają na siebie jak w grzechotce. Jakość jazdy jest tutaj wspólna dla wszystkich kierowców, tych w samochodach osobowych również. Jeżdzą jak szaleni, niebardzo przejmują się zasadami drogowymi, na uprzejmość też nie ma co liczyć. Trąbią na potęgę jaklby też chcieli stworzyć jakąś niekonwencjonalną muzykę.. Jeśli chodzi o tę uprzejmość chodzi również o poszanowanie pieszych. Przejście na drugą stronę ulicy kiedy nie ma świateł jest rzeczą niezmiernie ciężką. Trzeba za każdym razem dokładnie spojrzeć kilkakrotnie w obie strony bo oprócz samochodów jeżdzą również motory i dostosowują się w stylu jazdy do kierowców samochodów. Nauczyłem się przechodzić wtedy kiedy przechodzą lokalesi, wtedy jestem spokojniejszy o skuteczność przejścia, ale oczywiście z ograniczonym zaufaniem, sam również sprawdzam czy można przejść w danym momencie. Przyznam to mnie trochę wkurza, ten brak jakiegokolwiek szacunku dla pieszych, skoro są tacy wyluzowani, i wszystko mają w nosie, mogliby na pare sekund przystanąć aby uprzejmie przepuścić pieszego:) Co dalej, a może chodzniki. W dzielnicy której mieszkam, czyli San Isidro są dosyć wysokie i ciężko się po nich idzie bo cały czas tzeba na jakieś stopnie wchodzić lub schodzić i ogólnie są dosyć wybrakowane, mają sporo dziur. Podobno ich wysokość służy temu aby podczas pory deszczowej woda nie miała szans wlewać się do domów.Oprócz tego zdążyłem się troche poduczyć oznakowania ulic dzięki czemu myślę, że już nie będę musiał pytać o drogę. Choć jeśli chodzi o to lokalesi byli pomocni i zawsze jak pytałem tłumaczyli jak mam iść albo nawet kawałek się ze mną przeszli by już nie było szansy abym zgubił drogę, a na szczęście mój level hiszpańskiego pozwala mi prowadzić takie raczej proste rozmowy.Od czasu do czasu można spotkać jakiegoś bezpańskiego psa lub kota pałętającego się po osiedlu lub zwyczajnie śpiącemu. Można również spotkać coś innego ale o tym później. Byłem również m.in. na uniwersytecie, w którym siedzibe ma Aiesec i studiuje większość osób, które tu poznałem. Uniwersytet o dobrym standardzie , nawet ładny, podoba mi się to, że większość przestrzeni jest otwarta i jest sporo kolumn wokół "korytarzy" Jednak uczenie się na uniwersytecie jest tutaj podobno bardzo drogie, ktoś mi mówił, że nawet 2tys. dolarów miesięcznie, ale nie wiem czy to prawda bo brzmi jakos za bardzo horendalnie. Przechodząc do miejsca w którym mam pracować jako nauczyciel angielskiego, jest to swego rodzaju centrum tego typu inicjatyw. Zwie się "System center" i ma dwa oddziały z klasami itd. Poznałem kilka osób, które w tym tygodniu kończą swoje praktyki, są to głównie niemcy nie mogę znieść kiedy rozmawiają między sobą po niemiecku. Nie bierzę się moja niechęć do niemców jedynie z uprzedzeń mających źródło w historii, ale po prostu nie znoszę tego języka. Jest toporny, niemelodyjny, brzydki, i nie znam chyba żadnego słowa ładnie brzmiącego po niemiecku. Moja niechęć może się również brać z faktu, że przez kilka lat byłem uczony niemieckiego, nie miałem jednak żadnej motywacji żeby się go nauczyć i ta uraza do języka jest we mnie wciąż żywa. Jeśli chodzi o ludzi, są raczej w porządku, bez przesady ale ok:) I nawet muszę wspomnieć, że są w miare uświadomieni o historii, gdyż chyba nawet wszyscy byli na wycieczkach szkolnych w Oświęcimiu. wczoraj, mieli imprezę  pożegnalną, i dzisiaj jest kolejna, bo w sobote/niedzielę wracają na niemiecką ziemię. Jeśli chodzi o moją pracę to w sumie niewiele o niej wiem póki co. Przed przybyciem tutaj byłem raczej nastawiony, że kiedy dotre ludzie organizujący to "wszystko" wykarzą się jakąś inicjatywą, przedstawią mi materiały których mam uczyć, albo chociaż tematy, tak dobrze jednak nie jest i wszystko powoli się klaruje. Wiem już, ile będę miał grup, czego ich mniej więcej będę miał uczyć, jakie admanistracyjne prace poza tym będę miał wykonywać. Dziś idę ustalić dokładnie grafik z szefową, i zaczynam pracę chyba w środę czyli 1 maja.. Może te organizacyjne sprawy poszłyby szybciej ale akurat przez 3 dni szegowa była chora. Dzięki temu, że nie pracuję mam więcej czasu na uczenie się miasta itd, więc nie narzekam:) Nie obawiam się samych zajęć bo miałem okazję oglądać lekcje prowadzone przez niemiaszków i nie są raczej zbytnio wymagające. Studenki przychodzą z własnej woli aby podszkolić swój angielski, albo żeby przygotować się do jakichś swoich egzaminów w szkołach. Podobno czasem przychodzi ich 15 a czasem 1, a tematy i sposób prowadzenia mogę zaproponować jaki chcę, więć w sumie podoba mi się ta wolność i swoboda do robienia lekcji jakie tobie również odpowiadają, a nie tylko sztywne odtwarzanie materiału. Wczoraj w System Center, na pożegnanie niemców, i przywitanie mnie i kolegii z Francji zaprezentowano nam nawet na żywo tradycyjną muzykę karaibską i taniec. Film poniżej.Muzyka sama zachęca do tańca.Jeśli chodzi o poznawanie kultury byłem również w muzeum Karaibskim, gdzie można zobaczyć zebrane przedmioty użytkowe w dawnych czasach na tej ziemi,filmy na temat tańca i fiest, i wiele inny szczegółów o kulturze karaibskiej.

No to pewnie większość z czytających chętnie przeczytałą by coś o jedzeniu? Jedzenie przyznam trochę mnie zawiodło, gdyż przez to, że Barranquilla leży na Karaibach i ma spory port oczekiwał, że wszyscy tu jedzą dużo ryb i owoców morza, które uwielbiam. jest niemniej nieco inaczej. Jedzą dużo ziemniaków w różnej postaci, specjalne banany zgniecione na plcki i usmażone, ryż z kurczakiem, i ogólnie mięsą. Najbardziej póki co smakowały mi empanady. Pewnie dlatego, że trochę przypominają swojskie pierogi:) oraz tutejszy ser costeno, jest biału mocno słony, wkonsystencji troche pomiędzy naszym żółtym serem a białym. Uwielbiam sery i ten podobno charakterystyczny dla tego regionu jest najlepszy. Mój buddy po tym jak usłyszała o moich ulubionych smakach zapewniła, że zabierze mnie do portu do jakieś restaruracji, którą zna gdzie podają świeże owoce morza. A co do mojego buddy'iego, jest ok nazywa się Gina, jest pomocna i wygadana. Możliwe, że zabierze mnie razem ze swoją rodzinę na jakąś wycieczkę koło 10 maja, poza tym liczę że uda mi się pojechać na najbliższą plaże, podobno jakies 45-60 minut autobusem, a z tego co słyszałem jest tam pięknie. Oczywiście muszę również wybrać się prędzej, czy później do Cartageny, kóra słynie tu ze swoich kolonialnych budynków. Niestety mam złą wiadomość dla tych, którym chciałem wysłać pocztówki, tutaj w Barranquilli nie ma pocztówek, a przynajmniej bardzo ciężko je znaleźć, a poczta podobno jest jeszcze trudniejsza do znalezienia, więc niestety nie będzie pocztówek z Kolumbii:) Z atrakcji na które czekam to jest również mecz miejscowej drużyny Junior. Następny bodaj w piątek, mam zamiar również zakupić jakąś koszulkę reprezentacji Kolumbii:) Dobra na dziś tyle wystarczy, mogę jeszcze wspomnieć tylko,że dzięki temu gdzie jestem godzina również jest inna i mogę spokojnie oglądać jak mam czas meczyki nba o godzinie 15-22 więc to mnie się też podoba:)

Poniżej filmik i parę zdjęć, do pczeczytania!







Jaszczur przechadzający się po uniwersytecie...
A tu kiciuś śpiący w gąszczu.



Charakterystycznym zjawiskiem tutaj jest to, że na ruchliwych skrzyżowaniach, przy światłach stoją swego rodzaju akrobaci, np. tutaj stoją jeden an drugim i w dodatku żonglują nożami. Na innych skrzyżowaniach widziałem żonglujących piłkami lub obręczami, zdarzają się także mimowie:)


Częstym widokiem są również psy samotnie pałętające się po ulicah, lub śpiące na chodnikach tak jak tu.


 zdjęcie z muzeum.



A tu psina śpiółka pod marketem:)






sobota, 20 kwietnia 2013

Bienvenido a Colombia!

No to tak, przygoda rozpoczyna sie z wykopem. Po zacnym pozegnaniu z Polska w Krakowie nastapil sygnal do startu. Na lotnisku w Krakowie wszystko poszlo sprawnie a lot do Frankfurtu byl krotki. Nastpenie mialem troche czasu oczekiwania na lot z Frankfurtu do Santo Domingo. Lotnisko we Frankfurcie jest przeogromne, moja orientacja w terenie nie byla tym ukontentowana, ale dobrze ze sa te wszystkie tabliczki i kierunkowskazy wiec nie bylo zadanego problemu, tymbardziej, ze mialem sporo czasu. Po dwoch godzinach oczekiwania juz w samolocie, przez glosniczki kapitan poinformowal, ze wystapil problem techniczny i nie mozemy poleciec jak planowano. Wszyscy ludzie z samolotu musieli zostal przetransportowani do hotelow, nie moglem juz sluchac tego niemieckiego sprechania. Straszny jezyk, brzydki, niemelodyjny, okropnie mi sie nie podoba. firma lotnicza pokrywala rzecz jasna wszystkie koszty. Nastepnego dnia po smacznym hotelowym szwedzkim stole wybralismy sie ponownie na lotnisko, gdzie innym samolotem mial odbyc sie lot do Santo Domingo. Tym razem wszystko poszlo jak nalezy i po 10 godzinach w samolocie wyladawalismy w Santo Domingo. Podroz nie byla taka zla, puszczali nawet niezle filmy, m.in. Life of Pi, i czasem nawet jakies stare kreskowki, Kaczora Donalda, czy Myszke Micky;) W Santo Domingo bylo tylko miedzyladowanie i od razu lecielismy dalej do Panamy. W Panamie tez poszlo sprawnie. Po wyjsciu z samolotu czekali na nas ludzie z informacjami na temat naszych dalszych lotow. Wreczyli bilety i na szczescie nie musialem dlugo czekac bo jedynie jakies dwie godziny. Lot trwal jedynie godzine i pietnascie minut. Po przybyciu do Barranquilli, zdobyciu wizy skierowalem sie po bagaz. Niestety ku memu zdziwnieniu nie bylo go tam... Zglosilem to do odpowiedniej pani obslugujacej tego typu sprawy, sporzadzila formalne zgloszenie i powiedziala ze mozliwe, ze ten bagaz gdzies sie zapodzial ale ze mozliwe ze przyleci z ktoryms z kolejnych samolotow do Barranquilli. Zawsze cos. Potem juz bylo lepiej. na lotnisku goraco przywitaly mnie cztery dziewczyny i od razu pomogly mi nie martwic sie o bagaz. Prosto z lotniska pojechalismy na impreze z basenem. Przyznam ze bylo sympatycznie. Sporo ludzi, wiekszosc z roznych krajow swiata(niemcy, amerykanie itd. ) Poznalem sporo osob i najwieksze wrazenie sprawia otwartosc Kolumbijczykow. Sa bardzo pomocni, mili i wyluzowani. Musialem oczywiscie za namowa kolezanek sprobowac ich typowego alkoholu argiente, czy jakos tak, calkiem dobry. Po imprezie trafilem do miejsca w ktorym mam mieszkac przez caly pobyt. Mieszkam u Jessici, dziewczyny, ktora mieszka tu z mama. Rano mamacita przygotowala mi klasyczne dla polakow sniadanie, czyli jajecznice z kielbaska;) Byla tez oczywiscie kawa jednak tutaj pija zupelnie inaczej kawe niz nam sie wydaje. Jest to kawa z duza iloscia mleka i dosyc slodka, podobno nawet dzieci pija tu kawe, smakuje bardziej jak Inka czy jakas inna kawa zbozowa niz typowa kawa. Nastepnie z Jessico poszlismy na spacer, super dziewczyna bardzo mila, trzeba przyznac tez ze calkiem ladna,) Od razu spacerujac po okolicy mozna poczuc kolumbijski klimat. Czuc zapachy z przygotowywanych potraw w domostwach, a wszedzie w tle leci typowa latynoska muzyka. Mozna tylko rzec que illusion!!!;) Bylismy tez w sklepie,ceny sa rozne ciezko powiedziec czy taniej czy drozej niz u nas, zalezy co. Teraz wlasnie czekamy na obiad przygotowywany przez mame Jessici, jestem ciekaw co to bedzie,Martwie sie troche o ten bagaz bo jednak poza tym co mam na sobie nie mam nic, choc podobno jesli nie znajda bagazu beda musieli mi dac pieniadze na zakupienie nowych, ale wole swoje;) Nauka hiszpanskiego trwa. To co juz sie nauczylem przed przyjazdem wystarcza zeby w podstawowych sprawach sie dogadac i lykam dalej nowe slowka i wyrazenia. Dzisiaj jeszzcze szykuje sie kolejna fiesta, gdzies w miescie w jakims klubie. Wiem ze jestem tu na razie chwile, ale jest pieknie. Wspanialy klimat, bardzo goraco, ale prawie wszedzie jest klimatyzacja, Poza nauka hiszpanskiego licze na to ze naucze sie tanczyc salse, bo ponoc wszyscy tancza tutaj salse. Ludzie robia niesamowicie pozytywne wrazenie. Jak bede mial jak
zgrac jakies zdjecia to umieszcze a poki co taki tylko opisik podrozy niestety nie bez problemow... pozdrosss

sobota, 9 marca 2013

lewa noga i Valuska

Dziś raczej krótko,ostatnio I tak częstotliwość wpisów wzrosła dzięki pobytowi w szpitalu, więc zobaczymy czy się utrzyma po wyjściu z niego. Ostatnio najwiecej o filmach bo dużo ich chłonę i praktycznie wszystkie warte obejrzenia i polecenia. Dzisiaj proponuje Wam dwa filmy.

Nr.1  Na pierwszy ogień film w którym gram. Może nie do końća ja jako ja. tutaj obecny,przed monitorem ale ja w znaczeniu, że aktor wyglądający rzekomo identycznie jak ja. Po obejrzeniu tego filmu w sumie doszedłem do wniosku, że gdybym założył taki płasz jak on nosił w filmie, zapuścił trochę włosy i przerzucił przez ramię skórzaną torbę to byłbym z Valuską (imię filmowe) identico:) Ten film to "Werckmeister Harmonies", a mój sobowtór tam grający główną rolę  to Lars Rudolph. Wynalazła go znajoma wielka kinomanka, bo raczej nie jest to film głównego nurtu, który można zobaczyć w multipleksie, tylko bardziej niszowy i wydaje mi się dochodzący tylko do wąskiego grona miłośników kina.. Ten film został wyreżyserowany przez Bela Tarr(Tarra?Tarre?) Bela Tar to uznany Węgierski reżyser, ostatnio nakręcił "Konia Turyńskiego" jeszcze nie widziałem, ale gdzieś coś czytałem o nim i podobno warto obejrzeć. Poza tym ma w swoim dorobku rzekomo film kultowy pod tytułem Satantango, na polski to Szatańskie tango. fenomen tego filmu polega na tym, że trwa SIEDEM godzin! Obejrzeć go w całości za jedyn razem to musi być nie lada wyzwanie. Od koleżanki filmoznawczyni słyszałem, że jego filmy to sztuka w najczystszej postaci. Jeśli chodzi o Werckmeister harmonies to podobały mi się te harmonie. Mój sobowtór świetnie w nim gra. Cała historia osadzona jest na Węgrzech. Można w tym filmie doświadczyć pięknych scen. Niektóre wywołują uczucie zdziwienia, ale pozytywnego, a niektóre dają do myślenia i wchodzą na pole problemów wręcz filozoficznych..Zdażają się przydługie sceny ale wszystko tutaj ma swój cel. W tle dzieją się pewne związane z sytuacją polityczną ekscesy. Film Jest utrzymany w ponurych barwach, kolorów tam nie uświadczymy. Rodzi melancholie, i uczucie dziwnosci tego co przedstawione. Tworzy pewne transcendentalne wrażenie i ukazuje pragnienie uduchowienia. Film bardzo wartościowy. dlatego serdecznie polecam.

Dodaje trailer żeby dodatkowo zachęcić;)



Drugi film na dziś to wyjątkowy film o tytule "My left foot" czyli "Moja lewa noga" Ta lewa noga w tym filmie ma ogromne znaczenie mimo, że może brzmi to trochę absurdalnie żeby robić film o nodze. Film ten oparty jest na prawdziwej historii Christy'ego Brown'a, który urodził się z porażeniem mózgu. Łatwo się domyślić, że nie miał lekko gdyż całe życie musiał się zmagać z poważnymalidctwem. Nie był w stanie chodzić, prawidłowo ruszać rękoma, ani poprawnie mówić. Mimo swoich ubytków w normalnym funkcjonowaniu dizęki pomocy swojego rodzeństwa, i co warto podkreślić, swojej matki radził sobie w kontaktach towarzyskich i nie zamknął się totalnie w sobie. Trzeba jednak przyznać, że będąc tak naznaczonym przez chorobę nie da się ustrzec pewnych problemów w relacjach międzyludzkich. Gdy wszedł w dorosłość poznał lekarke, która założyła klinike dla dzieci w podobnym stanie jak on. Zbliżył się z panią doktor, pomagała mu ona w robieniu postępów w sprawnym artykułowaniu słów, a następnie zorganizowała wystawę jego obrazów malowanych za pomocą stopy!!! Jak można podejrzewać w Christym narodziła się miłość do Eileen czyli jego doktorki. Niestety został szybko sprowadzony na ziemię, gdyż ona miała już zaplanowany ślub i mimo, że ceniła i darzyła szczególnym uczuciem ambitnego inwalidę, nie były to uczucia tego samego typu, którymi darzył ją sam Christy. Nasz niezwykły inwalidaJakoś przetrwał ten zawód miłosny. Postanowił kontynuować twórczość artystyczną, lecz teraz skupił się na pisarstwie(za pomocą maszyny do pisania) Gdy wydał książkę z obrazami i jego prozą, została zorganizowana pewna uroczystość na któej poznał pielięgniarkę, która miała się nim zajmować. W krótkim czasie utworzyła się między nimi nić porozumienia, a po balu już odjechali jednym samochoden i łatwo dopowiedzieć sobie resztę. Warto podkreślić świetną grę kolejny raz wspominanego tutaj w moich wpisach postać Daniela Day Lewisa. Zagrał on samego Christy'ego i zrobił to niesamowicie. Dostał za tę rolę Oscara, myślę, że każdy oglądający ten film nie miał by wątpliwości, że należy mu się ta nagroda. W pełni wcielił się w rolę chorego na porażenie mózgowe, bardzo autentycznie przedstawiał wszelkie zachowania z tym związane. Poruszająca gra aktorska.

Załączam trailer. Następny wpis będzie chyba o jakiejś książce;)


czwartek, 7 marca 2013

nieznośna lekkość bytu

Unbearable lightness of being. Zawsze podobał mi się ten tytuł Kunderowskiej słynnej książki, niesie w sobie jakieś filozoficzne znaczenie. Dziś obejrzałem film na podstawie owej książki. Muszę przyznać, że nie czytałem książki, choć jestem piewcą zasady, że książka jest zawsze lepsza od adaptacji. Bierze się to bardziej z tego w jaki sposób na wyobraźnie oddziaływuje książka, a w jaki film, a film bez znaczenia jak rewelacyjnie byłby zrobiony, nigdy nie może przebić doświadczeń czytającego. Niemniej, jest to świetny film. Dawno nie widziałem tak dobrego filmu. Podobał mi się chyba pod każdym względem. gra aktorska świetna w głównych rolach Daniel Day-Lewis, który dopiero co zdobył zaszczytne miejsce w historii kinematografi zdobywając swojego trzeciego oscara. Za tę rolę nie zdobył oscara, ale i tak grał świetnie, choć moje oko. głupio się przyznać. ale najbardziej cieszyła gra pięknych kobiet mu towarzyszących w tym obrazie. czyli młodej Juliette Binoche i trochę mniej znanej Lenie Olin, ale równie piękna. Trzeba przyznać, że film jest mocno nasycony erotyką. Pojawia się wiele scen miłośnych, a sam Daniel Day-Lewis czyli w filmie Tomas jest zwyczajnie charyzmatycznym męzczyzną z darem oczarowywania kobiet. Poza zdobywaniem kobiet jest inteligentnym młodym chirurgiem. Podczas jednego wyjazdu poza Prage (w, której toczy się większość akcji) gdy wyjeżdzża żeby zastąpić znajomego lekarza, w Spa dla kuracjuszy poznaje młodą atrakcyjną recepcjonistkę/kasjerkę czyli Binoche i momentalnie ich historia miłosna się rozpoczyna. W jego życiu ważną osobą z którą świetnie się rozumie jest również Sabina (Lena Olin), która jest dość wyzwoloną i odważną kobietą. Wydaje się ona świadoma tego, że z Tomasem raczej ich relacje polegają na namiętnością ociekającym seksie i wzajemnym zrozumieniu, ale żadne z nich nie upatruje w tej znajomości poważnego związku. Są to dwie wolne dusze raczej skupione na sobie, które czują silny pociąg do drugiej osoby. Binoche czyli Teraza, jest z goła odmienną osobobowścią. Czuje zazdrość, gdyż od początku domyśla się a potem dostrzega jawne przesłanki że jej kochanek Tomas nieoszczędza sobie przypadkowych przygód seksualnych nawet z nieznanymi kobietami.Ważnym elementem filmu są wydarzenia toczące się w tle.Mianowicie chodzi o inwazję Rosjan na Czechy w 1968 roku. Główni bohaterowie uciekają z Pragi aby nie narazić się na żadne niebezpieczne sytuacje do Genewy. Najpierw Sabina, która poznaje tam pewnego męzczyzne, nawiązuje z nim romas, a on rzuca swoją żonę, żeby z nią być, lecz ona jak to ma w zwyczaju opuszcza wszystko do czego zaczyna się przywiązywać. Tomas z Terazą Również postanawiają puśić pragę i kontynuować rozwijać swoją miłość w Genewie, a Tomas mimo, że pozornie zobowiązany do wierności cały czas nie może oprzeć się pokusą zdobywania kolejnych kobiet. Nie będę całej fabuły opowiadał, to jest jedynie streszczenie głównych wątkó, poza tym odbywa się jeszcze sporo ciekawy rzeczy. Poza świetnym aktorstwem, bardzo mocno odczuwalną na widza wszędobylską namiętnością i magią miłosnych doznań jest jeszcze jeden fakt, któryjest niezaprzeczalnie atuatem. Chodzi tutaj o to, że ponownie nie jest to film ztypowym słodkim happy-endem. Mimo to ma się raczej po  filmie dobre i pozytywne wrażenie. Są sceny śmieszne, a także wzruszające, jak ta z pozoru błącha scena kiedy ukochany pies Terezy i Tomasa jest chory na raka i muszą go uśpić. Wiem to brzmi bardzo trywialnie, ale ta scena jest wzruszajaca, nie wywołała u mnie płaczu(bo jeszcze nie zdażyło mi się płakać na filmie) ale Doceniam jej wrażliwość i myślę, że niektózy mogą przy niej uronić łzę. Gorąco polecam ten film, sam się sobie dziwie, że dopiero dziś go obejrzałem, bo jest to już nienowy film, z 1988 roku.

To na tyle.

sobota, 2 marca 2013

Dos veces Garcia Bernal.

Leżę na szpitalnym łóżku. Jakoś się zmotywowałem by wykorzystać sytuację czasoprzestrzenną w której się znajduję by napisać po przerwie wreszcie kolejny wpis, a jest o czym. Owa sytuacja szpitalna pozwala mi w dowolnym wymiarze czytać, słuchać radia albo uczyć się  hiszpańskiego, a wieczorem obejrzeć wartościowy film. Wszystkie wspomniane czynności są przeprowadzane oczywiście w pozycji horyzontalnej. Ten czas jest swego rodzaju preludium do zabiegu, na mojej przedziurawionej czaszce, która na dniach ma być załatana. Przyznaję, niezmiernie się ucieszyłem gdy w końcu termin zabiegu został określony, nie miałem już ochoty dłużej czekać, a owe czekanie nie pozwalało mi jakkolwiek zaplanować dalszego czasu przyszłego. W końcu sprawa zostanie "domknięta" i miejmy nadzieję, że będę mógł zrobić pare upragnionych rzeczy. Wracając do tematu...
Tytuł można tłumaczyć jako "dwa razy Garcia Bernal/ Wiąże się to z tym, że w mojej opisanej wyżej sytuacji obejrzałem wczoraj i dziś po filmie ze wspomnianym Gaelem Garciom Bernalem w roli głównej. Jest to bardzo dobry aktor, a oba filmy były interesujące i miały pare elementów wspólnych, oprócz głównego aktora. Głównym wątkiem obu filmów jest podróż dwóch wielkich przyjaciół. W obu czuć bardzo mocno latynoamerykański klimat, jednak w zupełnie inny sposób wprowadzają nas w tą czarującą atmosferę, przez to, że filmy opowiadają o różnych czasach.

"Y ty mama tambien" czyli "I twoją matkę też" Jest to tytuł pierwszego filmu powzięty z dialogu dwójki przyjaciół podczas kłótni. Nie będę wyjaśniał o co się posprzeczali lepiej samemu obejrzeć i zobaczyć. Ten film jest dośyć przyjemnym obrazem. Dodatkowo do dwójki młodych wyzwolonych chłopaków dochodzi piękna starsza od nich Kobieta i wyrusza z nimi w podróż na wymarzoną plażę. Właściwie to film opowiada o przyjaźni i o trójkącie miłosnym. Jak łatwo się domyślić podczas podróżny chłopaki lepiej zaznajamiają się z atrakcyjną niewiastą i oboje prędzej czy później lądują z nią w łóżku. Owa panna jest w ciężkiej sytuacji życiowej co w trakcie filmu jest wyjaśniane, rozstała się z mężem, oraz ma inny powód do załąmań psychologicznych, a jej bliskie stosunki są pewnym sposobem odreagowania jej kłopotów i zachwianego stanu psychicznego. Chłopaki Lubią sobie zapalić ziółko, trochę wypić, zwyczajnie korzystają z dobrodziejśtw używek. a podczas ich podróżny ze starszą panią ich dziewczyny wyjechały w podróż do Europy. Rzekomo są bardzo zakochani i skwapliwie obiecują sobie, i każą obiecać dziewczyną, że nie będą z nikim spać. Jak się okazuje nie dotrzymali obietnic, o dziewczynach nie wiemy, ale można przypuścić, że również uległy urokom zanadto zadbanym włochom.
W filmie najbardziej podobały mi się sceny kłótni, czasem piękne krajobrazy, oraz to, że właściwie nie skończył się happy endem. Za każdem razem gdy oglądam film, który nie kończy się szczęśliwie mam wrażenie, że cenię ten film wyżej niż sztampowe zakońćzenia kopiuj-wklej. Przecież, życie i sytuacje w nim się toczące nie zawsze kończą się happy-endem. A film jako naśladowanie życia również powinien czasem pójść w tę stronę. Dodatkowo trudniej jest zrobić wartościowy film, dobrze zagrany aktorsko i z wciągającą fabułą, która zostawia dobre wrażenie na widzu bez stosowania niepotrzebnych gierek na wyidealizowanych sytuacjach z życia, które zawsze dobrze się kończą.

Drugim filmem w którym główną rolę Jest "Motorcycle Diaries" czyli Dzienniki motocyklowe. Jest to film w moim mniemaniu lepszy od Y tu mama tambien. Jeśliby brać jako kryterium ilość scen erotycznych to Y tu mama tambien wygrałby nie tylko z dziennikami, ale niestety mało kto kieruje się tą kategorią. Dzienniki to piękny film, pod wieloma względami. Opowiada historię Ernesto Che Guevary, który obecnie jest uznawany za ikonę butnownictwa w walce o wolność, i umieszczany na koszulkach, czy też innych przedmiotach codziennego użytku. Jego wizerunek wszedł do popkultury i wielu ludzi ma o nim wydaje mi się, błędne wyobrażenie. Ten film nie jest jego autobiograficznym obrazem. Przedstawia jedynie pewien moment w jego życiu gdy podczas studiów medycznych decyduje się na odważną podróż wraz z przyjacielem po kontynencie. Jak wskazuje tytuł podróżują na motocyklu, który jednak po pewnym czasie ich zawodzi i muszą szukać innych środków transportu żeby wykonać zaplanowaną podróż. Przemieszczają się stopem na pace ciężarówek, piechotą, statkiem po Amazonce oraz samolotem. Podczas podróży napotykają zjawiskowe miejsca i niesamowitych ludzi. bardzo różnorodnych. Film oprócz tego, że pokazuje jaką radość daje w sumie bezcelowa podróż, która ma jedynie dać im okazję poznać kraje i ludzi w nich mieszkających( pięknie ukazano sytuację niektórych ludzi przedstawionych w filmie i rozbicie klasowe w Południowej Ameryce), otworzyć umysły, ukazuje zróżnicowanie jeśli chodzi o poziom życia w różnych krajach i rejonach ameryki południowej. W niektórych miejscach mąż z żoną musi np. szukać pracy w kopalni wielkiej korporacji by zarobić na utrzymanie dzieci. W innej panuje epidenia trądu gdzie dwaj początkujący lekarze zatrzymują się jako wolontariusze i poznają ten mocno naznaczony symboliką świat od środka. Film jest również chwilami nostalgiczny gdy Ernesto z pewną melancholią ogląda mury zbudowane przez Inków i zastanawia się czemu kraje jego kontynentu są tak podzielone gdy wszyscy przecież pochądzą z tego samego źródła. Na przestrzeni tej podróżny Che duma nad wieloma aspektami życia w Ameryce Południowej, oraz myśli co robić dalej ze swoim życie. Na to co zrobił dostajemy odpowiedź po filmie. kiedy ukazują się napisy streszczający dalsze losy przyjaciół. wiemy jedynie, że pare lat po wydarzeniach przedstawionych w filmie przeniósł się na Kubę gdzie był jednym z bardziej szanowanych generałów. Ten film nie dotyka tematów późniejszego życia Ernesto, przedstawia jedynie ten wyzwolony podróżą moment z życia. Guevara możę po obejrzeniu filmu być odebrany jako bardzo ceniący ideały, honorowy, inteligentyny student medycyny z odważnymi poglądami. Nie ma w tym filmie żadnych przesłanek, że mógł potem oddać się zgoła innym czynnością, co jest dla mnie jedynym minusem tego filmu, ale może o to w nim właśnie chodziło, aby ukazać dobrą, sympatyczną stronę Che w czasach młodości, bo potem nastąpiła niezaprzeczalna degradacja jego światopoglądu jeśli chodzi o główne wartości, którymi ma się kierować.Ciekawy film i dobrze zrobiony film, polecam!